Moblog Kuby

Zdjęcia i relacje prosto z telefonu

Wiecie jak to jest jak się przeprowadza do nowego miasta i zaczyna przyzwyczajać do nazw ulic i miejsc do tego stopnia, że nie potrzeba już mapy do nawigacji i przestaje się wyglądać jak turysta. Jeszcze ze dwa dni w tym mieście i ja pewnie czułbym w nim na tyle swobodnie, że nie wyciągałbym mapy na co drugim skrzyżowaniu. Centrum już zresztą mam w głowie tylko z autobusami się ciągle zmagam. Dlatego dzisiaj trzymałem się centrum nie wysilając się zbytnio. Zrobiłem sobie taką przerwę w zwiedzaniu, którą pewnie przedłużę na jutro bo i tak zapowiada się pochmurny dzień. Dzisiaj podświetleniem dnia była wizyta w niedawno otwartej galerii sztuki w Christchurch, gdzie miałem okazję pooglądać zbiór naprawdę wspaniałych dzieł lokalnej i światowej sztuki. Przedłużając swój kulturalny dzień miałem się też wybrać do kina ale zobaczyłem, że jutro premierę ma Ironmam więc odłożyłem sobie kupno biletu na jutrzejszy dzień. To będzie wszystko co mam w planach na jutro. No i może jeszcze pranie.

Do zachodu



Jak wejdziecie sobie na Google Maps na mapę Nowej Zelandii poszukajcie Christchurch. Na południowy zachód od miasta znajduje się nietypowo wyglądający górzysty półwysep z bardzo poszarpaną linią brzegową i wieloma zatokami. To dlatego, że to kiedyś były wulkany po których teraz zostały częściowo zalane kratery i liczne pasma górskie. Tam właśnie spędziłem dosłownie cały dzień, bo dopiero co stamtąd wróciłem, godzinę po zachodzie słońca. Miałem oglądać foki i delfiny a skończyło się, jak zwykle zresztą na chodzeniu po górach i wspinaczce. Ja po prostu nie potrafię się oprzeć jak widzę góry i prowadzące przez nie zawiłe szlaki. Zresztą do farmy fok miałem jeszcze 30 km, a autobus tylko jeden na dzień tam zajeżdżał. Oglądanie delfinów za to możliwe było jedynie z łodzi poprzez firmę wycieczkowa i szczerze mówiąc trochę droga przygoda. Widoki, z góry za to były gwarantowane zachwycające, szczególnie z Góry Herberta, najwyższego szczytu na półwyspie. Na dole za to równie pięknie, szczególnie w kolorach jesieni. Ja z kolei padam z nóg, to była jedna z bardziej wyczerpujących jednodniowych wycieczek, jakie zaliczyłem. Jutro w planie dokładne zwiedzanie miasta. Pojutrze laba!


Jak sugeruje nazwa posta dzisiejszy dzień spędziłem w zoo. I to nie byle jakim zoo tylko Orana Open Range Wildlife Park czyli pierwszym i jedynym otwartym parku dzikich zwierząt (albo przetłumaczcie sobie sami lepiej) w NZ. Otwarty pewnie stąd, że kiedyś można było się przez ten cały park przejechać swoim samochodem i doświadczyć spotkanie oko (cienka szyba) w oko z lwem ale pewnie na skutek pożarcia paru turystów zaprzestali tego i teraz każdy wybieg jest ogrodzony :(. Atrakcji jest jednak nadal sporo. Z najlepszych wymienić można własnoręczne karmienie żyrafy lub zwierząt hodowlanych (dla dzieci), podziwianie geparda w pościgu uciekającą ofiarą reprezentowaną przez kawałek mięsa na sznurku (dla ciekawskich) czy obserwowanie z bliska karmienie stada wygłodniałych lwów znajdując się w klatce na samochodzie, który przejeżdża przez środek wybiegu, razem z pracownikami zoo karmiącymi z ręki te bestie (dla odważnych). Ja niestety nie załapałem się na żadną z tych atrakcji bo pojechałem tam rano a one zaczynały się późno po południu a nie mając samochodu zdany byłem na jedyny kursujący autobus. Widziałem za to karmienie tygrysów bengalskich i też mi się podobało. Poza tym były tam nosorożce, bawoły, strusie, orangutany, zebry i inne mniej pasjonujące stworzenia. Miałem nadzieję zobaczyć też Kiwi ale z powodu renowacji budynku pomieszczenie z tym nielotem było dzisiaj zamkniete. Gatunek to co prawda zagrożony ale jest szansa, że natrafie jeszcze na jakiegoś w/na drodze. Co do Kiwi to nie wiem czy wiecie, ale jest to gatunek tak ukochany przez Nowo Zelandandczyków do tego stopnia, że sami każą siebie tak nazywać i chyba co druga firma w tym kraju ma jego wizerunek w swoim logo. No to teraz czas na konkurs: kto mi powie jak się nazywa starszy kuzyn Kiwi, który zamieszkiwal NZ do ok XVIII wieku i jest uznawany za największego ptaka, który kiedykolwiek zamieszkiwal ziemię oraz jaki był jego maksymalny wzrost. Nagroda czeka!

Zdruzgotany

Z wielkim żalem musiałem oddać dzisiaj samochod i pierwszy raz od dawna poczuć jak to jest być zdanym na publiczne środki transportu. Żaden kierowca chyba nie znosi tego uczucia kiedy musi przesiąść się ze swojego samochodu do zatłoczonego autobusu. Najbardziej chyba drażni to, że się nie kontroluje gdzie się jedzie a czasami nawet, jak ja miałem dzisiaj, po prostu nie wie. Ale okazuje się, że nawet bez gpsa da się wszędzie trafić albo za pomocą mapy albo pytając mieszkańców (metody tradycyjne ;)). Jestem więc teraz rozbity gdzieś blisko centrum Christchurch w bardzo nowoczesnym ośrodku zresztą. Planuję tu zostać 2 dni, potem jak pogoda pozwoli wybiorę się kawałek za miasto na półwysep Banks pooglądać wulkany, delfiny i foki, a może nawet i wieloryby, jak się uda.
Tymczasem robiąc małe podsumowanie mojego roadtripa to przejechałem dotychczas 3115 km, zrobiłem mniej więcej tyleż samo zdjęć, nagrałem 1,5 Gb video, wydałem... Boję się nawet zsumować wydatki ale z tym czekam na powrót. Narazie, jak zresztą przewidywałem na początku, jest to nieistotne.


Amazingly enough it's been 21 days since I got here which unfortunately means I've only 21 days left to explore the rest of this awesome country. Even though I'm only halfway through my trip I already know this has been the best journey I ever took and the best time I had in years. So I'm back in Christchurch with no car (had to give one back today) with my backpack on my shoulders and a tent as my home. And I'm happy as a man can be. The plan is to stay here for the next 5 days, just wander around, see everything there is to see in this largest city in the south island, then rent a car again (remember that relocation deal I told ye I got, it's actually €2,50 a day :P) and head back to Auckland. The weather is great, conditions are perfect so the only thing I need now is for everything to stay as it is. Over and out.



Po dzisiejszym dniu czuję jakbym zobaczył już wszystko w NZ, chociaż wiem, że nie mogę być dalej od prawdy. Jakbym miał nawet od dzisiaj już tylko wegetować w namiocie do końca mojego urlopu to mogę spokojnie stwierdzić, że pod każdym względem wyjazd mi się udał i na pewno było warto się na niego zdecydować. Te pozytywne odczucia to pewnie sprawka mojej dzisiejszej wizyty w Arthur's Pass a szczególnie wspinaczki na Avalanche Peak i widoków jakimi miałem nieopisaną przyjemność cieszyć się po drodze i na samym szczycie. A cieszyłem się jak dziecko, co pewnie widać na zdjęciu. Poczekajcie, zobaczycie zdjęcia to zrozumiecie moją ekscytację. Jutro jest ostatni dzień mojego roadtripa bo muszę w końcu oddać samochód. Przez najbliższe 5 dni będę więc trochę mało mobilny, ale w planach nie mam specjalnych wycieczek poza Christchurch. Jutro zresztą zadecyduję co będę robił, nigdzie mi się przecież nie spieszy... To tak pewnie wygląda bezstresowe życie ;). Kończę, bo mi się najlepszy program zaczyna - zachód słońca na TV nasza planeta.

W NZ i Australii dziś był dniem wojska (ANZAC Day) i w związku z tym w całym kraju odbywały się obchody i parady umundurowanych żołnierzy i innych służb. Ja miałem takie szczęście, że po krótko po tym jak zatrzymałem się w miasteczku Hokitika jedna z takich parad zaczęła się tam, co mi zresztą wytłumaczyło obecność emerytowanych kombatantów na każdym kroku. Miasteczko generalnie słynie z wydobycia i obróbki najbardziej drogocennego surowca w NZ, zaraz po złocie rzecz jasna. Żad, po angielsku Greenstone albo po maorysku Pounamu to specjalność zakładów jubilerskich i szlifierskich w regionie. Z tego szlachetnego kamienia robi się tutaj wszystko: od broszek i naszyjnikow poprzez figurki do bardzo drogich stojaków na długopisy ($500!). Ja sobie też sprawiłem jeden z drobniejszych egzemplarzy za niecałe $10. No właśnie, a propos zakupów, jeśli chcecie coś konkretnego z kraju białej długiej chmury to napiszcie a postaram się wam to przywieźć. Jakieś upominki na pewno będę przywoził, ale na specjalne życzenia też na pewno znajde miejsce w plecaku. Pluszowe Kiwi, mini Frodo, muszelkę z Pacyfiku czy cokolwiek innego. Piszcie w komentarzach albo na maila: kulig@vodafone.ie. Tylko jak potrzebujecie czegoś z południowej wyspy to się pospieszcie bo za 2 dni oddaję samochod a potem to co najwyżej mogę jakiś przeceniony drobiazg w sklepie z pamiątkami w Christchurch kupić :P.

Naprawdę zadziwiający to kraj ta Nowa Zelandia. Kiedy już myślałem, że wszystko widziałem nagle coś takiego pojawić się na horyzoncie. Ten potężny jęzor lodowca to jeden z dwóch najbardziej znanych pozostałości po epoce lodowcowej w NZ. Pierwszy to Fox Glacier na górnym zdjęciu, drugi to Franz Joseph z bliska. Udało mi się podejść tak blisko drugiego, że byłem w stanie dotknąć lodu i zobaczyć jak szybko topnieje. Lało się z niego tak mocno, że wypływała spod tej całej masy lodu rwąca rzeka, przesuwająca swoją siłą spore głazy. Jak podjeżdżałem samochodem pod punkt widokowy to mijałem po drodze tabliczkę wskazująca gdzie obydwa lodówce znajdowały się 70 lat wcześniej. Obydwie tabliczki były postawione jakieś 2 km od obecnej pozycji czoła lodowca. Także jak chcecie je jeszcze zobaczyć to się pospieszcie bo niedługo pozostaną z nich tylko wyschnięte koryta rzek w kamienistych dolinach. Przez niedługo mam na myśli jakieś 500 do 1,5 tyś lat oczywiście :).


Postanowiłem jednak opuścić Queenstown i jechać dalej, bo do przejechania mam jeszcze jakieś pół południowej wyspy czasu na to 3 dni. Dojechałem do Wanaka, gdzie natrafiłem na niecodzienne miejsce.
Był tam labirynt, którego 1/8 widzicie na zdjęciu gdzie spędziłem dzisiaj około godziny szukając wejścia do czterech wież, co było celem całej zabawy. Labirynt był tylko częścią większego kompleksu nazwanego Puzzle World. Najciekawszy był tam pokój iluzji, tak śmiesznie skonstruowany, że po wejściu do niego wydawało się, że się leci na ścianę, albo że woda płynie pod górę i kula samoczynnie toczy się w odwrotnym kierunku niż powinna. Była tam też ciekawa wystawa obrazów hologramowych i przeróżne rebusy i zagadki do rozwiązania. Dobra zabawa i pożywka dla mózgu w jednym. No i zawsze to coś innego niż podziwianie pięknych krajobrazów, co robię praktycznie cały czas. I wcale na to nie narzekam...


Już się nie dziwię czemu Queenstown nazywają światową stolicą sportów ekstremalnych. Jest tu taki ich wybór i takie natężenie, że przy tych wszystkich ludziach żądnych wrażeń korzystających z tych atrakcji przez miasto przepływa rzeka adrenaliny. Jeżeli ma się te wszystkie wyczyny czas i pieniądze (niestety ceny też są ekstremalne) to można tu doznać każdego rodzaju przeżyć od skoku na bungy i huśtawki na wysokości 80 metrów, poprzez wspinaczki, zjazdy na linie, canyoning, spływy potokami, rafting, jetboat, surfowanie po rzece, jazdę konną, rowery górskie, skutery, motocykle terenowe, quady, przejażdżkę autem z napędem 4x4, paragliding, hang gliding, skoki ze spadochronem, loty helikopterem i samolotem, na pieszych wędrówkach po okolicznych górach skończywszy. Dosłownie wszystko, jeśli czegoś tu nie ma to pewnie zapomniałem wymienić. Niektóre nawet nie wiem sam co to jest, dlatego wolałem zabrać się za te bezpieczniejsze. Dzień zacząłem od przejażdżki gondolą na leżący 500 metrów ponad miastem szczyt z kompleksem Skyline, gdzie zresztą zrobiłem powyższe zdjęcie. Tam też wykupiłem sobie parę zjazdów na coś co nazywa się Luge a polega na zjeździe prostymi gokartami po krętej trasie przez jakieś 5 minut. Fajna zabawa tylko trochę krótka. Żądny wrażeń więc poszedłem na skoki bungy i nie ukrywam, że z zamiarem skoku. Zrezygnowałem jednak ale nie dlatego, że jak pewnie powie Wojtek zdygałem, tylko dlatego, że nie było tam nikogo kto by mnie dopingował, a skakać tylko dla siebie było mi trochę szkoda. Poza tym nie miałbym jak tego udokumentować, więc pewnie nikt by mi i tak nie uwierzył. Znam jedno miejsce w Irlandii, więc jak przyjadę to zbierzemy większą grupę i tam pojedziemy poskakać. Po zjeździe gondolą, która swoją drogą ma reputację najbardziej stromego wyciągu na całej południowej półkuli, z powrotem do miasta wsiadłem do auta i udałem się kawałek dalej do pięknego kanionu. Tam z kolei przeżyłem niecodzienne spotkanie z motorówką. Motorówka ta, a właściwie łódź odrzutowa, to był specjalnie zaprojektowany bolid do pływania albo konkretniej ślizgania się po płytkich krętych rzekach. Ważyła 3,5 tony, bez 20 osób, które była w stanie zabrać na pokład a jej zanurzenie przy pełnej prędkości to 7 cm. Dwie wysokoprężne pompy dawały jej prędkość 70 km/h i umożliwiały 360-cio stopniowe obroty praktycznie w miejscu. Jednym słowem... nie, tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć. Coś niesamowitego. Po takich emocjach już miałem dość na dziś. Może jak jutro pogoda dopisze to też poszukam sobie równie ekscytującej rozrywki.


Może to pora roku (w NZ jest teraz środek jesieni) i generalnie wszystko wygląda cudownie, ale Cromwell to zdecydowanie najpiękniesza miejscowość w której byłem do tej pory. Jest to małe miasteczko położone nad jeziorem Dunstan, niedaleko Queenstown i ta wielkość nadaje mu uroku. Ulice idealnie proste, trawniki nisko przystrzyżone, domy jak z bajki i do tego każdy inny. Oczywiście jest tu też pole golfowe, mini golf, ogromny park a nawet oryginalnie zaprojektowane centrum z kaskadą wodną. Jakby tego było mało to mają jeszcze zabytkową część miasta nazwaną Stare Cromwell gdzie można podziwiać oryginalnie zachowane budynki sprzed 120 lat. Do tego widoki na około są po prostu cudowne - góry, jezioro, rzeki i typowe dla rejonu Otago rozległe winiarnie. A te gigantyczne owoce na zdjęciu dają pojęcie czym się tu głównie zajmują. Gdybym miał sobie wybrać jedną miejscowość w której mógłbym zamieszkać w NZ to zdecydowanie wybrałbym Cromwell. Chyba, że bardziej mi się spodoba w Queenstown, gdzie wybieram się jutro, co jest też dosyć prawdopodobne...

Monstrum


Dotarłem prawie na szczyt, co prawda nie góry Cooka, tylko pobliskiej góry ale widok nawet stąd jest zniewalający. Żadne zdjęcie szczególnie z telefonu tego nie zilustruje ale nawet na tym moim widać widać jak te monstrum wzrasta ponad horyzont. Na drugim zdjęciu widnieje jezioro polodowcowe Lake Mueller. Samego lodowca Muellera z tego miejsca nie widać bo przysłania go zbocze góry na której się znajduję. Schodzę teraz na dół bo już stąd nawet widzę co najmniej dwa wiszące mosty. Trzeba się będzie im bliżej przyjrzeć.




A ten post miał się pojawić wczoraj, ale z tajemniczych przyczyn się nie pojawił więc go publikuję dzisiaj. Jest to post WCZORAJSZY więc przeczytajcie go najpierw a potem dopiero 'Jeziora i góry', zamieszczony poniżej.



Wizyta w największym mieście w południowej NZ wyjątkowo mi się udała dzisiaj. Zasługa to pogody głównie, która wbrew prognozom zaskoczyła mnie dziś pięknym słońcem. Mam nadzieję, że prognozy nie spełnią się też na następne parę dni, inaczej czeka mnie zimny i deszczowy weekend. Póki co udało mi się doładować swoje akumulatory (długi gorący prysznic, ciepły obiadek... ba, nawet dwie godzinki telewizji po raz pierwszy od wyjazdu) w pięknym ośrodku pod Christchurch, w którym aktualnie przebywam. Mieści się on tak w ogole tuż za najdłuższym mostem w NZ na rzece Rakaia. Łatwo go przegapić bo to w sumie nic specjalnego - lekko wyniesiony ponad rozlewiska odcinek drogi obmurowany z obu stron. A z mapy tak to się ciekawie zapowiadało.



Pogoda nie zawodzi. Po raz kolejny wbrew prognozom świeciło dziś piękne słońce. Miałem przecudowny wręcz widok na jezioro Takepo (na zdjęciu) i wyrastające w koło pasma górskie. Piękne panoramy mam nadzieję mi wyjdą bo znów się napstrykałem jak natchniony. Ale widoki były niesamowite, gdziekolwiek by nie spojrzał. Jutro mam nadzieję zobaczyć jeszcze więcej bo wspinam się na Mt Cook, najwyższy szczyt w NZ. Wznosi się on na 3754 metry nad poziom morza, więc będzie się na co powspinać... No dobra, chyba nie uwierzyliście, że będę zdobywał tą górę bez doświadczenia i sprzętu. Jasne że nie, przynajmniej nie w najbliższym czasie. Może kiedyś, tymczasem podejdę sobie na tyle blisko na ile mi szlaki turystyczne pozwolą, maksymalnie na 1500 mnpm i sfotografuję tego giganta z różnych kątów. Właśnie się rozbiłem z namiotem jakieś 30 km od szczytu i już stąd widoki są imponujące. Ale to wam dopiero jutro pokażę bo zdjęcie na telefonie z tej odległości nie robi to aż takiego wrażenia, a spod samego szczytu pewnie każde zdjęcie będzie się nadawać do druku.

Wyczerpany



U mnie dopiero 3 po południu a już się rozbiłem z namiotem. Dzień nie był jakoś specjalnie męczący bo ani nie padało ani nie było upału. Tak w sam raz na zwiedzanie. Tylko, że cały dzień byłem w Hanmer Springs a tam zwiedzać za bardzo nie było czego bo miasteczko małe i nic szczególnego się w nim nie wydarzyło. Z atrakcji wszystko pozamykane bo nie ma turystów i brak chętnych. Chodziłem więc sobie po górach bo się okazało że mają sporo szlaków turystycznych. Żałuję nawet, że sobie roweru nie wypożyczyłem bo trasy na rower są tam bardzo dobrze przygotowane. Jestem więc teraz przed samym Christchurch gdzie mam zamiar jutro spędzić cały dzień na zwiedzanie. Póki co zbieram siły bo ostatio coraz bardziej mi ich brakuje.

Spacer



Może na tym zdjęciu nie wygląda na to ale to jest właśnie najdłuższy most linowy w NZ. Ma długość 110 metrów i zawisa na wysokości 30 metrów nad rwąca rzeką. Prowadzi on do starej kopalni złota i paru innych atrakcji. Tam spędziłem dzisiaj większość dnia, resztę w drodze. Teraz rozbiłem się niedaleko Hanmer Springs i właśnie z mapy czytam, że tam też sporo atrakcji. Może jak się w końcu wypogodzi uda mi się skoczyć na bungy, jak nie to pewnie dopiero w Queenstown. Jakby nie patrzył zapowiada się kolejny ciekawy dzień.



Kiedyś to musiało się stać - pada deszcz. Tak od wczoraj już zresztą od momentu kiedy zjechałem z promu konkretnie. Dzisiaj za dnia nie było tak źle bo tylko przelotne opady nawiedzały ten region,

tak to nawet momentami było słonecznie. Temperatury nadal około 20 st. Na północnej wyspie za to szaleje burza podobno. Tutaj jeszcze spokojnie ale taka pogoda ma się jeszcze utrzymać przez parę dni. Szkoda bo gdyby była ładna to bym sobie kajak wynajął i popływał po tym pięknym wybrzeżu, tak to pozostało mi zwiedzanie i pstrykanie zdjęć. No nic, muszę przeczekać i mieć nadzieję, że się warunki pogodowe szybko odwrócą.



Opuszczając północną wyspę, w tle Wellington. To w sumie wszystko co dzisiaj uda mi się zrobić. Jak dopłyniemy do Picton będzie 5-ta więc będę musiał znaleźć miejsce na nocleg. Rano udało mi się trochę pozwiedzać stolicę, głównie centrum i to by było tyle zwiedzania na dzisiaj. Jutro jak pogoda pozwoli może uda mi się wynająć kajak i popływać trochę po Marlborough Sounds. Jak nie to, to znajdę sobie inne zajęcie. Możliwości mam nieograniczone.

English please

To all of you non-polish speaking people I'd like to say sorry for neglecting you and not posting anything in english. I didn't realize there would be that kind of interest from so many people concerning my trip to New Zealand. Plus you know I'm lazy so that's also that. I promise I'll publish sth in english once in a while.
Long story short so far it's been amazingly great for me. The weather has been perfect for the past week and that allowed me to see so many great places you wouldn't believe! I've taken about 1500 pictures so far and it's only been a week since I got here! Right now I'm in Wellington waiting for the ferry to take me to the south island. I'm gonna spend two and a half weeks there and then go back to Auckland. I'll keep you up to date with any exciting news. That's all for now. Wish me luck!


Wellington, widok od strony Tinakori Mt. Jedyna stolica, w jakiej byłem, której większa część ukryta jest w lesie... Spędziłem dzisiaj pół dnia starając się znaleźć drogę powrotną do samochodu i czasami miałem wrażenie jakbym dosłownie przebijał się przez dżunglę, taki las był. Gdyby nie gęsto usytuowane domy i drogi asfaltowe, które trochę pomagały w nawigacji pewie bym miał problemy ze znalezieniem czegokolwiek tutaj. Niesamowite miejsce tylko jak na stolicę średniej wielkości państwa nie sprawia takiego wrażenia. To właśnie chyba w niej najbardziej urzeka.


Na zdjęciach wnętrze i główna ekspozycja budynku Te Papa w Wellington będącym najsłynniejszym muzeum w Nowej Zelandii

Beach day


Dzisiaj cały dzień spędzam na plaży, a co!

Morze w tle


A jednak pomimo ostrej rywalizacji dzień ten był lepszy niż wczorajszy. Głównie jest to zasługa emocji zdobywania aktywnego wulkanu, które wypełniły mi większość dnia ale nie tylko. Po wulkanie postanowiłem jechać na południe nad samo morze i tam szukać miejsca na nocleg. Droga która mnie tam zabrała urzekła mnie do tego stopnia, że co jakiś czas musiałem się zatrzymywać żeby zrobić zdjęcia. Non-stop kręta trasa prowadząca przez około 80km przez góry i doliny. Dokładnie taka jakie kocham! Dojechałem na miejsce pod wieczór i nie miałem już czasu żeby szukać noclegu w motelu, więc wybrałem się na plażę. Dobrze zrobiłem, bo to co zastałem... słowa nie ujmą tego piękna. Powiem tylko, że wydaje mi się że zrobiłem najpiękniejsze zdjęcie zachodu słońca w swojej karierze...

Na ten wulkan, którego nazwę zapomniałem ale znajdziecie ją w komentarzach do poprzedniego posta, po wielkich bojach udało mi sie dzisiaj wspiąć. To był mój cel na dzisiaj i niesamowicie się cieszę że się na niego zdecydowałem. Po pierwsze był to pierwszy aktywny wulkan który zdobyłem, po drugie widoki na szczycie były spektakularne! Do tego dochodził ten dreszczyk adrenaliny, że niewiadomo kiedy może wybuchnąć (45 erupcji tylko w 20tym wieku, ostatnia w 1975r!). Spokojnie mamo, jakby miał wybuchnąć to by nie wpuszczali ludzi i zamknęli park narodowy :*. A teraz konkurs: pierwsza osoba która mi powie co ma wspólnego ten wulkan i Władca Pierścieni dostaje ode mnie nagrodę niespodziankę po moim powrocie! Odpowiedź jest bardzo prosta ale poszukajcie na necie i dajcie mi konkretne nazwy. Powodzenia!

Ranny ptaszek


Aaaach, kolejny piękny ranek pod paprocią. Zapowiada się kolejny bezchmurny dzień, trzeci z rzędu (podobno padało w nocy kiedy przyleciałem) a wg prognozy ma być słonecznie przez parę kolejnych dni. W dzień wczoraj było tu 21 stopni, w nocy chyba jakieś 7. To juz jest oficjalnie sezon zimowy więc ciekawy jestem jak tu jest latem.


To nie ocean jeszcze ale jezioro, nosi nazwę Taupo i jest największym zbiornikiem wodnym w NZ. Około godziny zajęło mi dzisiaj objechanie go wzdłuż wschodniego brzegu. Za to jaka piękna trasa tamtędy prowadziła... wąska kreta droga na zboczu niemalże klifów. Ale to jeszcze nic! Miejsce w którym byłem przed tym powaliło mnie na kolana. Zaczęło sie od tamy i kaskady wodnej, potem był wodospad i rwąca rzeka z krystalicznie czystą wodą, las tropikalny z paprociami wielkości palm i najlepszymi trasami rowerowymi na świecie! Do tego mało sie nie zdecydowałem na lot helikopterem za jedyne $99 tyko sobie w porę uświadomiłem że nie wziąłem portfela na chodzenie po lesie.. Podsumowując był to najlepszy dzień do tej pory. Ciekawe co mnie jutro czeka...

Raj

Nigdy bym się nie spodziewał takich widoków w centrum NZ. Pierwszy raz też widzę parującą od ciepła krystalicznie czystą wodę na rzece...