Mam nadzieję, że to Wam dało przybliżony obraz tego co ja przeżyłem w ciągu ostatnich niesamowitych 6 tygodni. Sorki za rozwlekłość ale jednym słowem tego nie da się opisać, ani stoma ani nawet w 3 godzinnym słowotoku. Musielibyście wrócić do pierwszego posta na tym blogu i zacząć od nowa ale nawet to nie zawiera nawet połowy tego czego doświadczyłem przebywając w NZ. Tu trzeba po prostu przyjechać samemu i przekonać się na własnej skórze. Ja miałem to szczęście, że wszystko mi wyszło tak jak to sobie zaplanowałem. Nawet lepiej, bo w życiu bym się nie spodziewał tak dobrej pogody, która towarzyszyła mi od samego początku do samego końca. Było oczywiście parę deszczowych dni po drodze ale one akurat przynosiły ocieplenie, więc momentami czekałem na deszcz, jak się zrobiło chłodniej w nocy. Ale to tylko na południu bo na północy zawsze było ciepło. Dużo się rozpisywałem o pogodzie ale dla to z wiadomych względów był bardzo istotny czynnik powodzenia mojej wyprawy. Bez niej ani zdjęcia nie wyszłyby mi tak dobrze, ani nie zobaczyłbym tak dużo bo na przykład musiałbym zrezygnować z wypraw w góry, które dla mnie były najbardziej pochłaniającą czynnością i największą przyjemnością jaką tu doznałem. Szlaków w NZ jest tysiące, chyba nawet najwięcej na świecie. Do tego ich różnorodność zaspokoi każdego nawet wybrednego turystę. To był zresztą główny powód dla którego tu przyjechałem i powiedzieć, że się nie zawiodłem byłoby mocnym niedomówieniem. Co do zdjęć to jedynie mam nadzieję, że znajdzie się przynajmniej kilkanaście, które będą nadawać się do druku. Myślałem nawet żeby te najlepsze zebrać i poskladać w formę ładnego książkowego albumu, żebym potem mógł się nimi chwalić na przykład swoim dzieciom.
Naturalnie nie wszystko mi wyszło tak jak chciałem i jest parę rzeczy, których żałuję. Nie mogę na przykład przeboleć, że nie było mnie w Auckland jak był tam jeden z moich ulubionych zespołów rockowych Foo Fighters dając dwa koncerty (spóźniłem się dwa dni), albo że za późno dowiedziałem się o koncercie Stereophonics, jak już byłem w Auckland. Żałuję też, że nie skorzystałem z lotu helikopterem w Rotourze jak mnie tak bardzo kusiło. Szkoda mi też kamerki, która mi przepadła gdzieś w Auckland i jeszcze bardziej karty pełnej zdjęć, która zginęła razem z nią. Poza tym nie żałuję żadnego dnia, który tam spędziłem. Każdy był inny i każdy był niespodzianką. Nie było chwili, żebym się nudził bo zawsze znalazło się jakieś pochłaniające zajęcie nawet w miejscach, które na mapie nie wyglądały na interesujące. To była jak do tej pory największą przygoda mojego życia i jeślibym miał coś zmienić przy planowaniu następnej to definitywnie wkalkulowałbym w plany inne osoby, bo pomimo swobody i mniejszych kosztów lecieć samemu na tak długi okres nie jest na pewno tak przyjemne jak lecieć ze znajomymi. Prosty powód jest taki, że nie ma się z kim dzielić na żywo przeżyciami ani po powrocie wspomnieniami. Dlatego dzięki Wam wszystkim, że wirtualnie udaliscie się ze mną w tą podróż. Uczyniliście dla mnie tą rozłąkę mniej bolesną.
O mnie
- Kuba Kulig
- Pasjonat fotografii i podróżnik. Więcej informacji o mnie na jkulig.com
Blog Archive
-
►
2010
(45)
- ► października (4)
-
▼
2008
(97)
- ► października (4)
-
▼
maja
(21)
- Lato
- Na życzenie
- Niedzielny wypad
- Blog 3.0
- Asymilacja
- Haera ra, Aotearoa
- Podsumowanie c.d.
- U2 w 3D
- Plujący ogniem
- Zwierzaki 2
- Czarny wtorek
- Poza zasięgiem
- Ja chcę do domu!
- Wodne atrakcje
- Środek zimy
- Konkurs dla wytrwałych
- Mokry dzień
- Kempingowe luksusy
- Jedyne takie miejsce w NZ
- Z powrotem na drodze
- Człowiek Żelazko
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarzy:
Prześlij komentarz