Moblog Kuby

Zdjęcia i relacje prosto z telefonu

Lato


Pomimo porannego deszczu i pochmurnej pogody teraz jest pogodnie i bardzo ciepło. Mam nadzieję, że to zapowiedź długo oczekiwanego lata i że bezchmurne niebo będziemy coraz częściej widzieć.

Na życzenie





Na specjalne życzenie mamy (przypominam dzisiaj Dzień Matki, więc dzisiaj SZCZEGÓLNIE powinniśmy spełniać życzenia swoich mam!) wrzucam pare innych fotek z ostatniej niedzielnej wycieczki na skalistą plażę w Myrtleville.



Z Olą i Wojtkiem na plaży w Myrtleville. Rano świeciło piękne słońce... Ach, ta irlandzka pogoda.


Skończyłem wstępnie pracę nad nowym blogiem. Narazie zmienił się tylko wygląd ale będę się też starał rozbudować go w nowe funkcje, których nie mogłem włączyć na starej wersji bloga. Adres się nie zmienił czyli blog.jkulig.com. Napiszcie co sądzicie o nowym wyglądzie. Mam nadzieję, że wam się podoba.

Asymilacja


Szybko udało mi się przyzwyczaić do strefy czasowej GMT i siłą przywyczajenia wstałem dzisiaj o 8.30. Sam byłem zdziwiony, myślałem że 30 godzinach w podróży będę spał co najmiej do południa. Zwłaszcza, że w wygodnym łóżku zamiast w śpiworze. No cóż, nikt nie jest doskonały. Z przywyczajenia chyba piszę też tego posta na telefonie, siedząc przed komputerem... Zgrywam właśnie zdjęcia i tak właśnie myślę jak tu zaplanować tydzień, żeby je wszystkie obejrzeć. Nie no, przesadzam trochę, aż tyle ich nie mam. Narazie udało mi się obejrzeć zdjęcia i filmiki z kamerki, za resztę zabiorę się jutro. Zabrałem też pamiątki i muszę teraz część rozdać bo obiecałem (najciekawsze jak ten posążek na zdjęciu zostawiam sobie :P). Zwycięzcy konkursów też mogą oczekiwać nagród w najbliższym czasie.
Z rzeczy organizacyjnych to narazie zawieszam działanie mojego bloga, z powodu renowacji strony i publikował nowości będę na tym moblogu. Jak skończę to pomyśle co zrobić z moblogiem.

Czyli Żegnaj, Nowa Zelandio! Tym maoryskim pożegnaniem zamykam okres pobytu w tym niesamowitym kraju. Aż się łezka w oku kręci. Ale o tym za chwilę, najpierw podsumowanie. Będzie długie więc od razu zacznę od konkretów...



Statystyki i ekstrema



Lokalizacja

Ilość dni spędzonych w NZ: 41
Dni na północnej wyspie: 21
Dni na południowej wyspie: 20
Zwiedzonych miejscowości: 63
Najpiękniejsze miasto: Cromwell
Ulubione miejsce: Rotorua
Miejsce najdłuższego pobytu: Auckland
Najwyższe położenie:
2291 m n.p.m., Mt Ngauruhoe


Zdobycze

Ilość zrobionych zdjęć: ok 4500
Nagranych filmów wideo: 3 Gb
Najpiękniejsze zdjęcie: do rozpatrzenia
Największa strata: 2 Gb karta pamięci pełna zdjęć z trasy Christchurch-Auckland


Transport

Dni za kierownicą: 27
Pokonany dystans: 4520 km
Wynajętych samochodów: 2
Przepraw promami: 6
Średni koszt wynajmu samochodu: €6 za dzień
Średnie spalanie paliwa: 7 l/100 km
Ulubiony model: ford focus
Godzin spędzonych w autobusach: 4
Najbardziej nietypowy środek transportu: gondola
Najbardziej ekstremalne warunki: przeprawa promem w czasie sztormu z Picton do Wellington


Warunki mieszkaniowe

Nocy spędzonych pod namiotem: 39
Nocy spędzonych w motelu: 1
Nocy spędzonych w aucie: 3/4
Najdłuższy pobyt w jednym miejscu: 5 dni
Najdłuższy okres bez prysznica: w toku...
Najpiękniejsza lokalizacja: Waiheke Island
Najbardziej ekstremalne warunki noclegu: klify niedaleko Wanganui


Pogoda

Max temperatura: 26 C
Min temperatura: - 3 C
Średnia odczuwalna temperatura (dzień): 18 C
Średnia odczuwalna temperatura (noc): 5 C
Dni słonecznych: 28
Dni deszczowych: 4
Nieprzespanych nocy z powodu mrozu: 0,5


Przyroda

Ilość poznanych nowych gatunków: 80+
Największa koncentracja zwierząt: zoo w Auckland
Ulubione zwierzę: Kiwi
Ilość rozjechanych zwierząt na drodze: 0
Najbardziej poruszające doświadczenie (w dziczy) : opos
Najbardziej poruszające doświadczenie (w niewoli): Kiwi i żółw morski
Najbardziej zadziwiający eksponat w muzeum: 3-metrowy Moa
Ulubione środowisko: las deszczowy
Najbardziej odizolowane miejsce: pole namiotowe nad jeziorem Rerewhakaaitu


Wędrówki

Ulubiony szlak: Mangatepopo Track w Tangariro National Park
Najbardziej poruszające miejsce: szczyt Avalanche Peak na Arthur's Pass
Najbardziej wyczerpujące podejście: Mt Ngauruhoe
Najbardziej poruszający widok: Mt Cook z Kea Point
Najbardziej ekstremalne miejsce: krater czynnego wulkanu Mt Ngauruhoe


Kultura

Ulubione muzeum: Te Papa w Wellington
Ulubiona galeria sztuki: Art Gallery w Christchurch
Ulubione wydarzenie medialne: koncert U2 w kinie IMax

Mam nadzieję, że to Wam dało przybliżony obraz tego co ja przeżyłem w ciągu ostatnich niesamowitych 6 tygodni. Sorki za rozwlekłość ale jednym słowem tego nie da się opisać, ani stoma ani nawet w 3 godzinnym słowotoku. Musielibyście wrócić do pierwszego posta na tym blogu i zacząć od nowa ale nawet to nie zawiera nawet połowy tego czego doświadczyłem przebywając w NZ. Tu trzeba po prostu przyjechać samemu i przekonać się na własnej skórze. Ja miałem to szczęście, że wszystko mi wyszło tak jak to sobie zaplanowałem. Nawet lepiej, bo w życiu bym się nie spodziewał tak dobrej pogody, która towarzyszyła mi od samego początku do samego końca. Było oczywiście parę deszczowych dni po drodze ale one akurat przynosiły ocieplenie, więc momentami czekałem na deszcz, jak się zrobiło chłodniej w nocy. Ale to tylko na południu bo na północy zawsze było ciepło. Dużo się rozpisywałem o pogodzie ale dla to z wiadomych względów był bardzo istotny czynnik powodzenia mojej wyprawy. Bez niej ani zdjęcia nie wyszłyby mi tak dobrze, ani nie zobaczyłbym tak dużo bo na przykład musiałbym zrezygnować z wypraw w góry, które dla mnie były najbardziej pochłaniającą czynnością i największą przyjemnością jaką tu doznałem. Szlaków w NZ jest tysiące, chyba nawet najwięcej na świecie. Do tego ich różnorodność zaspokoi każdego nawet wybrednego turystę. To był zresztą główny powód dla którego tu przyjechałem i powiedzieć, że się nie zawiodłem byłoby mocnym niedomówieniem. Co do zdjęć to jedynie mam nadzieję, że znajdzie się przynajmniej kilkanaście, które będą nadawać się do druku. Myślałem nawet żeby te najlepsze zebrać i poskladać w formę ładnego książkowego albumu, żebym potem mógł się nimi chwalić na przykład swoim dzieciom.
Naturalnie nie wszystko mi wyszło tak jak chciałem i jest parę rzeczy, których żałuję. Nie mogę na przykład przeboleć, że nie było mnie w Auckland jak był tam jeden z moich ulubionych zespołów rockowych Foo Fighters dając dwa koncerty (spóźniłem się dwa dni), albo że za późno dowiedziałem się o koncercie Stereophonics, jak już byłem w Auckland. Żałuję też, że nie skorzystałem z lotu helikopterem w Rotourze jak mnie tak bardzo kusiło. Szkoda mi też kamerki, która mi przepadła gdzieś w Auckland i jeszcze bardziej karty pełnej zdjęć, która zginęła razem z nią. Poza tym nie żałuję żadnego dnia, który tam spędziłem. Każdy był inny i każdy był niespodzianką. Nie było chwili, żebym się nudził bo zawsze znalazło się jakieś pochłaniające zajęcie nawet w miejscach, które na mapie nie wyglądały na interesujące. To była jak do tej pory największą przygoda mojego życia i jeślibym miał coś zmienić przy planowaniu następnej to definitywnie wkalkulowałbym w plany inne osoby, bo pomimo swobody i mniejszych kosztów lecieć samemu na tak długi okres nie jest na pewno tak przyjemne jak lecieć ze znajomymi. Prosty powód jest taki, że nie ma się z kim dzielić na żywo przeżyciami ani po powrocie wspomnieniami. Dlatego dzięki Wam wszystkim, że wirtualnie udaliscie się ze mną w tą podróż. Uczyniliście dla mnie tą rozłąkę mniej bolesną.

Zakupy na targu na placu Aotea, zdjęcia nocne w centrum i seans w kinie - tak wyglądał mój ostatni pełny i chyba najdłuższy dzień w NZ. Jutro też mam sporo czasu bo wylot mam późno wieczorem ale nie wiem czy będzie mi się chciało gdziekolwiek jechać a tym bardziej zwiedzać. Zresztą upakowanie rzeczy pewnie zajmie mi najwięcej czasu więc sobie pewnie odpuszczę jakiekolwiek atrakcje. Aaaa, no i kartki przecież muszę powysyłać w końcu. No to nie wiem teraz czy mi w ogóle wystarczy tego czasu jutro. Będę to musiał jakoś zorganizować. Jakby ktoś jeszcze chciał dostać kartkę z NZ a nie napisał mi jeszcze adresu to jutro jest ostatnia szansa na to. Potem mogę co najwyżej zdjęcia ładniejsze porozsyłać ale już bez znaczka z NZ. Wracając teraz do wyżej wspomnianego seansu to byłem dzisiaj w jedynym w kraju kinie z IMaxem (IMax to specjalnie skonstruowana sala kinowa z monstrualnie wielkim ekranem i zaawansowanym systemem nagłośnienia gdzie często odtwarzane są filmy w formacie 3D). Na ekranie o wielkości na oko 20 na 30 metrów wyświetlany był koncert zespołu U2 jaki dali w Argentynie specjanie nagrany i przystosowany do oglądania w trzech wymiarach. Wrażenia: Wow! Czułem się jakbym był zawieszony w jakiejś klatce, która lata dookoła sceny i pokazuje zespół w akcji z każdego kąta. Momentami Bono był tak blisko, że wydawało się że można wyciągnąć rękę i go chwycić. Najlepsze były zbliżenia albo jak kamera zanurzała się w publiczność. Wrażenie jakby się tam było. Niesamowite przeżycie, polecam każdemu kto ma okazję. Chciałem potem jeszcze pójść na film w 3D Spiderwick Chronicles, tak mi się tam spodobało ale już nie puszczali dzisiaj niestety. Kończę na dzisiaj bo już strasznie późno a muszę się wyspać przed jutrzejszą 32-godzinną podróżą. Napiszę jutro podsumowanie mojej przygody z NZ jak będę już na lotnisku, zaraz po tym jak już się pożegnam z tym wyjątkowym krajem. To będzie chyba moje pierwsze i jedyne nieprzyjemne przeżycie od chwili kiedy się tu pojawiłem...

Miałem się dzisiaj z rana wybrać na wzgórze Eden i zobaczyć z bliska zarośnięty trawą głęboki krater bo Mt Eden to jeden z 14 wygasłych miliony lat temu kraterów wokół których zostało wybudowane miasto. Zanim tam jednak dotarłem było koło 4 po południu. Wszystko za sprawą Auckland Museum, gdzie przez przypadek dzisiaj trafiłem. Normalnie pewnie bym sobie odpuścił bo nie spodziewałbym się niczego fascynującego w takim miejscu. Zmieniłem jednak zdanie jak zobaczyłem podjeżdżający pod budynek autobus wycieczkowy pełny uroczych Japonek. To już mi wystarczyło, żeby podążyć śladami... przodków Kiwi (ludzi nie ptaków). Po wejściu jednak szybko utraciłem kontakt z japońską wycieczką bo zbyt pochłonęły mnie ekspozycje, wystawione eksponaty, interaktywne prezentacje, filmy opisujące historyczne wydarzenia, ogólnodostępne biblioteki i centra odkrywcze, architektura wnętrza czyli generalnie wszystko co tam zastałem. Szczególne wrażenie zrobiło na mnie ilość eksponatów, ich różnorodność i ujmujące przywiązanie do detali. Znaleźć tam można wszystko co jest związane z historią NZ od gigantycznego 25-metrowego waka (maoryskie czółno wojenne) poprzez szkielet 3-metrowego Moa do kolekcji chrabąszczy i weta występujących w lasach kauri. Dosłownie wszystko, jeśli się nie mylę to jest tam zgromadzone ponad 16 tyś rekwizytów! Myślałem, że stamtąd nie wyjdę tak mi się tam spodobało. 3 piętra intensywnego pochłaniania historii tego kraju. Po dwóch piętrach już byłem wyczerpany ale wiedziałem, że na trzecim czeka na mnie coś specjalnego - autentyczny odrestaurowany model myśliwca bojowego z okresu II WŚ brytyjskiego Spitfire (spit - pluć, fire - ogień). 3,5 tony metalowej bestii, która rządziła niebem 70 lat temu. Zawsze mnie urzekały te samoloty ale zobaczyć jednego na żywo to tak jakby zobaczyć niedźwiedzia polarnego poza kratkami zoo. Niestety zdjęcia nie pokażę bo telefon miałem rozładowany i nie zrobiłem żadnego więc będziecie musieli poszukać na necie. Polecam stronę muzeum: www.aucklandmuseum.com gdzie powinny być pokazane wszystkie ciekawsze ekspozycje. Na wzgórze Eden też w końcu trafiłem, poza Sky Tower jest to chyba najlepszy punkt widzenia na całe miasto. Potem po drodze wstąpiłem na wzgórze Alberta i porobiłem parę ładnych zdjęć nocnych, bo już było po zachodzie. Jutro ostatni dzień zwiedzania a potem już tylko zakupy i pakowanie. W sobotę wieczorem mam wylot więc zostały mi oficjalnie 2 dni w NZ. Jak to mówią wszystko dobre co się kiedyś kończy.



Miałem sobie odpuścić wizytę w Auckland-owskim zoo, bo już jedno takie miejsce odwiedziłem w NZ podczas mojego pobytu w Christchurch. Nie spodziewałem się więc niczego nowego ale jednak zdecydowałem się wstąpić, bo jednak być w tym mieście a nie zobaczyć osławionego na cały świat zoo to tak jakby polecieć do Paryża i nie wstąpić do Luwru. Dobrze zrobiłem bo to miejsce naprawdę zasługuje na swoją opinię. Znaleźć tu można większość gatunków występujących w NZ i Afryce i sporo z innych rejonów świata. Nie mają one może tak dużych wybiegów do swojej dyspozycji jak te w parku Orana ale za to są one staranniej przygotowane i dużo bardziej przypominające ich naturalne warunki. Jest tu nawet kawałek lasu deszczowego i afrykańska sawanna. Wystarczy żeby wypełnić pół dnia zwiedzania. Miałem też okazję przyjrzeć się dzisiaj bliżej ikonicznemu mostowi Harbour Bridge, który łączy północną część miasta z centralną. Piękny widok szczególnie obserwowany z mariny. Zresztą wszystko obserwowane z mariny jest piękne, co jest pewnie zasługą lasu masztów stojącym na pierwszym planie (Auckland ma najwiekszy wpółczynnik posiadania własnej łodzi na mieszkańca na świecie - ok 25%!). Pewnie dlatego nazywają je Miastem Żagli.


Tak przeczuwałem dzisiaj, że coś się dzisiaj zdarzy. W końcu ile może szczęście trwać, a jaki dzień lepszy na pecha jak nie 13. Straciłem dzisiaj kamerkę, jeden z moich ulubionych gadżetów. Nie jestem tylko pewien czy ją gdzieś zostawiłem, czy ktoś mi ją podwinął z namiotu. Ostatni raz używałem ją parę dni temu i jak dzisiaj chciałem nagrać filmik na Sky Tower to nie mogłem się jej doszukać ani w plecaku ani w namiocie jak wróciłem. No cóż, zdarza się. Z jedną rzeczą tylko nie mogę się jeszcze pogodzić, w pokrowcu od kamerki miałem pełną kartę pamięci z aparatu gdzie miałem zdjęcia i filmy z ostatniego tygodnia podróży. Zostało mi tylko parę fotek na telefonie i wspomnienia. Szkoda ale co zrobić. Przeżyje jakoś tą stratę,

zresztą to i tak nic w porównaniu z tym co przeżywają teraz ludzie w Chinach gdzie uderzyło wczoraj trzęsienie ziemi. Powinienem się cieszyć, że to moje największe zmartwienie w tym momencie. Trzeba się cieszyć tym co zostało. A zostało w sumie niewiele, bo tylko 4 dni i koniec przygody z Nową Zelandią. Na zdjęciu jak obiecałem wcześniej fotka z wieży z widokiem na moje lekko przybrudzone buty na tle budynków, 200 metrów poniżej! Fajne uczucie stać na takiej kilkucentymetrowej szybie na takiej wysokości. Jeszcze fajniej byłoby skoczyć sobie z tego miejsca na ten mały żółty punkcik nad moim lewym butem ale to trochę droga zabawa, zwłaszcza po mojej dzisiejszym wypadku. Mam nadzieję, że ten pech był tylko przejściowy i że jutro wszystko wróci do normy ale na wszelki wypadek pochowam głębiej moje wszystkie skarby bo z utratą pozostałych zdjęć to już chyba nie mógłbym się pogodzić.

Poza zasięgiem

Po chwilowej nieobecności wracam dzisiaj do cywilizacji. Ostatnie dwa dni spędziłem na wyspie Waiheke, gdzie dosłownie buszowałem po lokalnych lasach, górach i najpiękniejszych plażach w NZ. Jest jedna z największych wysp w zatoce Hauraki, bardzo łatwo dostępna bo promy na nią kursują codziennie co godzinę, a sama przeprawa trwa tylko pół godziny. Waihake słynie ze swoich licznych scenicznych plaż i zatoczek z krystalicznie czystą wodą, pokrywających wzgórza winnic i zaludniających ją w dużej części artystów. Trafiłem tam też na najpiękniejsze chyba i najbardzej odizolowane przy czym najlepiej wyposażone pole namiotowe na jakim nocowałem. Było one położone w parku narodowym będącym sanktuarium zagrożonych gatunków ptaków, których było mnóstwo polu namiotowym i na pobliskiej plaży. Do tego nie było tam żywej duszy poza mną. Było to najbardziej intymne spotkanie z naturą, jakie do tej pory doświadczyłem. Tak mi się tam spodobało, że przedłużyłem swój pobyt o dzień i wróciłem do Auckland dopiero dzisiaj. Zadziwiające jak takie spokojne miejsce może się znajdować tak blisko największej metropolii Pacyfiku i być tak odizolowane. Jedna rzecz mnie tylko zniechęciła do dalszej eksploracji wyspy - bardzo ciężki plecak, a właściwie dwa. Dlatego też wróciłem do Miasta Żagli i tu już zostanę do końca pobytu. Znalazłem bardzo przyjemny ośrodek wypoczynkowy, o niebo lepszy niż ostatnio i do tego tańszy więc tu zrobię sobie bazę wypadową na te parę ostatnich dni. Pogoda też się bardzo poprawiła, dzisiaj ani jednej chmurki na niebie i bardzo ciepło, jutro wg prognozy ma być podobnie. Powinienem mieć ładne widoki ze Sky Tower, przynajmniej mam taką nadzieję. Zdjęcia dzisiaj z wyspy nie ma, bo telefon mi się rozładował a nie było tam niestety gniazdek z prądem na drzewach, zwykle tylko ;). Tyle z nowości. Miałem się zabrać za wysyłanie kartek ale uświadomiłem sobie, że znam może ze dwa adresy więc wymyśliłem, że poczekam najpierw na zainteresowanych. Tak więc każdy kto chce kartkę z Nowej Zelandii niech mi prędko wyśle swój adres na maila kulig@vodafone.ie albo smsem na +64212956389 (tylko nie w komentarzach!!). Tylko zainteresowanych proszę o szybką reakcję bo zostało pięć dni a pewnie też nie będę próżnował. Zachęcam bo kartki są naprawdę piękne i pokazują nawet miejsca które ja jakoś przegapiłem...


To pewnie ta 'niespodziewana' zmiana pogody i to, że namiot zaczął mi miejscami przeciekać albo po prostu dopadła mnie jesienna deprecha, że po raz pierwszy od przyjazdu naszła mnie dzisiaj wzmożona ochota powrotu do domu. Już od wczoraj cały ranek i teraz wieczorem siąpi deszcz. Tylko koło południa przestało na chwilę i już się wydawało, że wyjdzie słońce ale znów zaczęło padać. Udało mi się wyrwać do centrum miasta na parę pogodnych godzin, głównie po to, żeby zdobyć informacje i zaplanować wycieczkę i transport na parę kolejnych dni. Tylko, że jak sobie pomyślałem, że teraz parę dni ma być takie, to przeszła mi ochota i narazie zrezygnowałem z podróży na północ. Jak się wypogodzi to wrócę do planów. Zwiedzać też za bardzo nie miałem chęci więc błąkałem się tylko po centrum. Pierwszy kontakt z Auckland zaliczam do średnio udanych, chociaż przyznam że zrobiły na mnie wrażenie te wszystkie wieżowce, a szczególnie wzrastająca ponad nie wieża Sky Tower (w tle na zdjęciu).
Naturalnie zdjęcia z samej wieży też się możecie spodziewać ale na to czekam aż się wypogodzi i będę miał lepszą widoczność. Póki co zostaje mi się modlić, żeby jeszcze te parę dni pogoda dopisała. Inaczej będzie to bardzo długi tydzień...


Pogodę miałem dzisiaj jak zwykle wymarzoną (jak zwykle wbrew prognozom) więc postanowiłem z niej w pełni skorzystać. Przez przypadek zupełnie natrafiłem na tą piękną widoczną na zdjęciu zatokę, jedną z kilkuset na półwyspie Coromandel, gdzie wypożyczyłem sobie kajak morski i popływałem po okolicy. Jakby było 5 stopni więcej to pewnie pokąpałbym się jeszcze, bo woda jak pewnie widzicie sami bardzo do tego zachęcała. Strasznie mi się spodobało takie pływanie po morzu, już planuję zakup kajaka po powrocie do IE. Dotarłem w końcu do Auckland dzisiaj i oddałem samochód, a więc znowu jestem w wielkim mieście bez przyzwoitego środka transportu. Już zaczynam to też boleśnie odczuwać, drogę, która na mapie wyglądała jak dwie przecznice szedłem dzisiaj 40 minut. Centrum jeszcze nie widziałem, jutro się tam wybieram. Właściwie to widziałem tylko lotnisko i drogę stamtąd do ośrodka wypoczynkowego, a więc wszystko przede mną. Mam teraz tylko nadzieję, że prognozy dalej będą mylne, inaczej czeka mnie jutro deszczowo-burzowy dzień.



No może lekko przesadzam, może środek zimy to jeszcze nie jest ale już jest blisko. W NZ mają tylko dwa sezony - letni i zimowy, z czego ten drugi zaczął się już oficjalnie w lutym więc 20 stopni o tej porze roku dziwi nawet starych Maorysów. Ja do tej pory myślałem, że to normalne ale dzisiaj mnie w radiu uświadomili, że z takiej pogody należy się tylko cieszyć, póki jest więc się cieszę. Zdjęcie było zrobione z góry Mounganui w miejscowości o tej samej nazwie. Tam się powspinałem trochę dzisiaj (oj, jak ja kocham się wspinać...) i porobiłem zdjęcia okolicy. Bardzo ładny widok stamtąd na zatokę Bay of Plenty i miasto Tauranga i rozciągający się na całym horyzoncie Pacyfik. Większość dnia spędziłem jednak za kierownicą, na krętych górskich drogach (oj, jak ja kocham kręte górskie drogi...), których nawet na północy nie brakuje. Jutro oddaję samochód więc chciałem go jeszcze trochę poeksplowatować, szczególnie, że tak fajnie mi się tym autem jeździ, zwłaszcza po krętych... Powtarzam się chyba trochę. Jutro jestem w Auckland, a więc wracam do punktu wyjścia. Stamtąd został mi jeszcze jeden kierunek, w którym muszę się udać - północ. Tylko tym razem już jak typowy turysta: plecak, pociąg i gdzie mnie nogi poniosą. Ja wiem, że na mapie może to nie wygląda ale z Auckland na północny wierzchołek wyspy jest ponad 400 km więc będzie jeszcze co zwiedzać.

Kolejny konkurs ale tym razem dla wytrwale czytających stałych bywalców mobloga. Zobaczymy kto dokładnie czyta posty a kto tylko ogląda zdjęcia :D. Pytanie jest proste: co to za miejsce na zdjęciu. Konkretnie chodzi o nazwę zbiornika wodnego i jak już to znajdziecie to proszę jeszcze o jego powierzchnię w km2 (bo sam jestem ciekaw). Pisałem o tym wcześniej więc wystarczy poszperać w starych postach a powierzchnię na wikipedii znajdziecie. Dla ułatwienia mogę jedynie powiedzieć, że ziemia tu w niektórych miejscach paruje. Nagroda będzie adekwatna do trudności zagadki czyli... jeszcze nie wiem co ale coś ładnego. Żeby nie ułatwiać zadania to nie piszę gdzie dzisiaj byłem. Mogę jedynie powiedzieć, że udało mi się zobaczyć miejsca, które ostatnio przegapiłem. Z ciekawszych atrakcji za to przeleciałem się samolotem ale nie takim prawdziwym tylko w symulatorze. Wrażenia też mocne, mam nawet filmik z lotu. To tyle na dzisiaj, czekam na odpowiedź.

Mokry dzień



Pada od wczorajszej nocy, poprzez cały dzień i pada nadal. Mam nadzieję, że przestanie w końcu bo w taką pogodę nie za bardzo mam ochotę zwiedzać, więc zostaje mi jazda samochodem, której to przyjemności ostatnio i tak za dużo się oddaję. Wg prognozy ma być słonecznie, czyli liczę na przejściowe opady bo tu prognozy trzeba odwrotnie traktować. Okaże się jutro zresztą, trochę deszczu nie zaszkodzi, szczególnie, że przez 4 tygodnie prawie bez przerwy rozpieszczało mnie słońce. Na zdjęciu widzicie podwodny tunel w ogromnym zbiorniku pełnym pięknych morskich stworzeń w Narodowym Oceanarium Nowej Zelandii w Napier, gdzie dzisiaj spędziłem większość dnia. Było też pełno mniejszych akwariów z przeróżnymi gatunkami występującymi w NZ ale nie tylko. Widziałem też na przykład kolosalnego żółwia morskiego sprowadzonego z Fidżi, jak był jeszcze mały. Teraz samą głowę ma wielkości piłki do koszykówki. Albo były też małe ale osobliwe koniki morskie. Nie zabrakło też naturalnie miejsca dla ikony NZ Kiwi, jedynego niemorskiego zwierzęcia w oceanarium. Do tego była specjalna tymczasowa wystawa poświęcona dinozaurom, szczególnie tym, które zamieszkiwaly w przeszłości tereny obecnej NZ, ze skamieniałościami i interaktywnymi prezentacjami. Same miasto Napier też było bardzo ciekawe i jedyne w swoim rodzaju. Zniszczone na początku wieku przez ogromne trzęsienie ziemi miasto zostało odbudowane, przy czym większość budynków zachowano w stylu Art Deco widocznym teraz na każdym kroku, co jest największą atrakcją tego rejonu. Mają tam też nowoczesny port, którego zdjęcia udało mi się porobić z punktu widokowego na wzgórzu Bluff, najwyżej usytuowanego miejsca w mieście. Teraz jest w Bay View, gdzie jak sama nazwa wskazuje mam najlepszy widok na zatokę Hawke. Szkoda tylko że widoczność ograniczają mi strugi deszczu. No może przynajmniej będę miał ładny widok na wschód słońca, jako pierwszy na swiecie zresztą :P.

Po wczorajszej nocy w samochodzie (z promu zjechałem około pierwszej w nocy więc na nocleg w cywilizowanych warunkach nie miałem już co liczyć), która okazała się być jednak dosyć męcząca dzisiaj wracam do namiotu, co mnie bardzo zresztą cieszy. Jakkolwiek samochód jest bardzo wygodny jeśli chodzi o warunki jazdy, tak do spania w nim się ewidentnie nie nadaje. Nie mogę się teraz doczekać jak się zanurze w śpiwór i odeśpię te niewyspane godziny. Dzisiaj generalnie jechałem przez większość dnia. Zatrzymałem się tylko w paru miasteczkach po drodze i w centrum zagrożonych gatunków rodzimych ptaków na Mount Bruce. W końcu udało mi się zobaczyć na własne oczy tego słynnego nielota Kiwi, na którego poluję z aparatem od mojego przyjazdu. Co prawda tylko za szybą i prawie po ciemku ale za to z odległości 20 cm! Ptaki były trzymane w specjalnym budynku gdzie za pomocą świateł była odwrócona pora dnia, bo one wychodzą z gniazda tylko w nocy w poszukiwaniu pokarmu więc to była jedyna okazja żeby je zobaczyć. Tym bardziej obserwowanie tych stworzeń dostarcza tyle przyjemności. Nie zdawałem sobie sprawy, że są one tak duże. Te które ja widziałem były wielkości sporej kury, a największe mogą być nawet dwa razy większe! Gatunek to niestety zagrożony, głównie za sprawą drapieżników sprowadzonych tu z kontynentu. Przed pojawieniem się człowieka było ich w NZ ponad 40 mln, teraz zostało ich tylko 90 tyś osobników przy tym jedynie co dwudzieste piskle dożywa wieku dorosłego. Ale powoli to się zmiena dzięki licznym programom ochrony tych unikatowych zwierząt i miejscom takim jak ten park, w którym dzisiaj byłem. Do niego na przykład młode sprowadzane są z całego kraju, żeby mogły spokojnie dożyć sobie wieku rozrodczego po czym wypuszczane z powrotem na wolność. Poczytajcie sobie zresztą na necie o nich bo to fascynujące zwierzęta. Ja sam w końcu zrozumiałem dlaczego są one tu tak wielbione.



Mowa w tytule o miejscu gdzie jest ładna pogoda a na niebie ani chmurki. W całej reszcie kraju podobno albo pada albo grzmi albo nawet sypie śniegiem. Tak mi się udało, że jestem akurat w tym miejscu. Czekam właśnie na prom, który na mnie zabrać przez cieśninę Cooka na północną wyspę. Pożegnanie z południową miałem bardzo udane, bo jak ostatnio tu byłem (tu znaczy w Marlborough) to padało i niewiele udało mi się zobaczyć. Dzisiaj pochodziłem sobie trochę po szlakach górskich i sami widzicie na zdjęciu jakie miałem widoki. Żałuję, że dłużej nie mogę tu zostać bo nie udało mi się zwiedzić parku narodowego Abel Tasman a to jedno z tych miejsc, na które poświęcić tydzień to mało. Tylko, że tutaj to trzeba byłoby przyjechać latem, bo inaczej na te błękitne zatoki i piaszczyste plaże można tylko popatrzyć, bo woda jest za zimna na wodne atrakcje. No to może następnym razem. Na razie muszę się skupić na wykorzystaniu tych pozostałych dni na zwiedzeniu jak najwięcej na północnej wyspie. Zaczynam już jutro z bladym świtem. Dzisiejszy prom o planowanym czasie został odwołany z powodu warunków na morzu, podobno nieźle tam wieje i fale miotają tym ogromnym statkiem. Już mnie nawet ostrzegała dziewczyna od biletów, że mieli dzisiaj sporo przypadków choroby morskiej. Brzmi interesująco, zapowiada się ciekawiej niż ostatnio. W związku z powyższym muszę teraz czekać na późniejszy kurs co znaczy, że w Wellington będę około północy, a to jedynie komplikuje sprawę dzisiejszego noclegu. Coś mi się wydaje, że będę dzisiaj po raz pierwszy testował samochód pod względem szerokości tylnej kanapy. Niestety pewnie sam...


Znowu jadę tylko tym razem trochę lepszą furą. Dostałem forda focusa bo chcieli wszystkie mniejsze samochody zatrzymać w Christchurch więc mi się trafiła taka okazja. Nieźle uwzględniając, że płacę za niego 2,50 euro za dzień plus dostałem jeszcze pełny bak paliwa za darmo, którego nie muszę dopełniać przy oddawaniu. Jest tylko jeden haczyk, samochód ma automatyczną skrzynie biegów więc musiałem zrobić sobie szybką poprawkę z tego jak się jeździ automatami ze Stanów. Całkiem nieźle mi poszło muszę przyznać, bo prawie od razu wpadłem w rytm i jeździ mi się nawet wygodniej niż zwykłym teraz. Jedynie hamulec jest bardzo czuły więc do tego miałem najwiekszy problem z wyczuciem. Ale już jest ok. Wracając do drogi natomiast to jestem już w Kaikoura w połowie drogi do Picton gdzie mam prom jutro. Zdaje się, że nie posiedze tu długo, bo pogoda nie zachęca do zwiedzania. Przed chwila było tu gradobicie i burza z piorunami przeszła, teraz pada deszcz. Udało mi się wcześniej zwiedzić wybrzeże i popstrykać zdjęcia fokom, które leniwie leżały sobie na skałach. Jest tu ich cała kolonia zresztą, czasami można nawet wieloryby stąd dojrzeć no ale nie dzisiaj niestety. Przy okazji to też dobry punkt widokowy na południowe Alpy, które będę pewnie jeszcze długo wspominał po opuszczeniu tej obfitującej w zniewalające widoki wyspy.

Nie o sobie piszę w tytule posta pomimo, że pierwszy raz od przyjazdu prasowałem dzisiaj swoje ubrania (żelazka niestety nie są tu tak łatwo dostępne) ale o Iron Man-nie, filmie na którym byłem dzisiaj w kinie (Iron to po angielsku oprócz żelaza także żelazko). Przyznam, że film mi się podobał, a już na pewno polecałbym wybrać się na niego do kina, bo ma bardzo widowiskowe efekty wizualne. To była jedyna dalekodystansowa wycieczka na która się dzisiaj wybrałem. Jak na ostatni dzień w Christchurch i tak mi chyba wystarczy wrażeń szczególnie, że potrzebowałem odpoczynku przed kolejna podróżą. Jutro z rana po samochód i znowu ruszam w drogę. Czas uciekać, bo tu się coraz zimniej robi a i termin wylotu już się nieuchronnie zbliża. Już tylko 16 dni a jeszcze tyle do zwiedzenia!